18 kwietnia 2010 roku – Zamyślenia
Pogrzeb JE Prezydenta RP prof. Lecha Kaczyńskiego i Jego Małżonki Prezydentowej Marii Kaczyńskiej
No i nie wiem od czego zacząć. Nie wiem, bo mam mieszane uczucia, a wynika to stąd, że ta nierzeczywista rzeczywistość działa się jakby w dwóch sferach. Tej podstawowej to jest ceremonii pogrzebowej i tej związanej z organizacją, a może bardziej stosunkiem organizatora, organizatorów? do obywateli.
Pozostając w relacji do chronologii wydarzeń powinienem zacząć od tej ostatniej, ale to co chcę napisać, to przecież nie sprawozdanie ani reportaż, a opis odczuć, przemyśleń. Zacznę więc od końca.
Dojmująca cisza królewskiej katedry, odmierzana miarowym stukiem obcasów żołnierzy niosących trumny Prezydenta i jego Małżonki na miejsce ostatecznego spoczynku. Ten odgłos uderzenia butów o kamienną posadzkę, zwielokrotniony katedralnym echem, odbijający się od sklepienia Katedry czy może Nieba i uderzający spotęgowaną mocą, w królewskie nagrobki i rozdzierający dojmującą ciszę. To zderzenie miarowego kroku, z ciszą nieskończoności, znane tej Katedrze, bo przeżyła nie jeden królewski pochówek, ale dla mnie zaskakujące, bo wcześniej nie doświadczone, dojmujące, bo będące ostatecznym rozdzieleniem pomiędzy ruchem przypisanym życiu i ciszą wiecznego spoczynku. Ten kontredans ciszy przedwczesnej i nieoczekiwanej i żałobnego wołania kamieni posadzki nad trumnami cichych w swej wielkości, wielkości mającej miarę w pracy, sercu i miłości pozostanie w mych uszach na całe życie.
Kościół Mariacki, Rynek, Grodzka, Świętego Idziego, Podzamcze, Katedralne Wrota, utarty szlak rozgadanych wycieczek, Królewski Trakt – ostatnia droga polskich królów, ostatnia publiczna podróż Prezydenta. Królewski kondukt, na królewskim trakcie w czas bezkrólewia, odpływający w Wieczność wraz z głosem Zygmuntowego dzwonu. Jeszcze Polska nie zginęła …, Dziękujemy!, Lech Kaczyński! to nasze ostatnie do Ciebie Prezydencie słowa, bo my, jakkolwiek mając w pamięci wszystkich poległych w Smoleńsku, dziś cześć i honor oddawaliśmy Tobie. Modliliśmy się, Śpiewali, Krzyczeli, Pozdrawiali i Dziękowaliśmy Tobie, z potrzeby naszych serc, bez scenariusza, bez żadnych moderatorów, Tobie naszemu Prezydentowi, któremu skąpiliśmy wsparcia gdy żył.
Dziwna mowa pożegnalna Marszałka Komorowskiego, a przecież trzeba było tak niewiele, trzeba było tylko powiedzieć: Panie Prezydencie w politycznej walce, w sporach, które przecież w naturalny sposób wynikają z dzielących nas różnic politycznych, przebraliśmy miarę, wpadliśmy w ślepy zaułek, bo zamiast toczyć je o sprawy stanowiące istotę polityki, istotę działań do wykonywania, których zostaliśmy zobowiązani wolą Narodu, podjęliśmy bezpardonową walkę z istota ludzką, z Panem. Dziś przepraszamy i Pana i Naród. Po takim wystąpieniu panie Marszałku, pod warunkiem oczywiście, że byłoby ono szczere dostałby Pan oklaski nie mniejsze niż pan Przewodniczący Śniadek, a tak, to sam Pan wie, daliśmy tyle braw ile trzeba by nie naruszyć zasad kurtuazji, ale równocześnie by powiedzieć Panu, że polityczny testament pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego odczytujemy inaczej i nie zawężamy go jedynie do sprawy katyńskiej.
Mądre, szczere, podszyte uczuciem i wzruszeniem słowa pożegnania, wypowiedziane przez pana Przewodniczącego NSZZ Solidarność, wielokrotnie akcentowane i przerywane przeciągłymi oklaskami, jakby w kontraście do wypowiedzi Marszałka Komorowskiego to dowód, że pomimo upływu lat i zmiany pokoleń wciąż mamy w sobie tę narodowa mądrość pozwalającą oddzielić ziarna od plew.
Bazylika Najświętszej Maryi Panny unosząca się niebiesko złotym Niebem nad trumnami spoczywającymi u stóp Vita Stwoszowego ołtarza, wspaniała i dostojna liturgia przygotowana przez watykańskiego , papieskiego liturgistę i przedziwna obecność Wschodu przy braku Zachodu, co znalazł wygodne usprawiedliwienie w wulkanicznych pyłach. Wasza, Prezydentostwo ostatnia Msza Święta i choć nie było nas tam ciałem, to stłoczeni na placach zalanych prażącym z czystego nieba słońcem, byliśmy tam duchem i modlitwą.
Dziwna mowa pożegnalna Marszałka Komorowskiego, a przecież trzeba było tak niewiele, trzeba było tylko powiedzieć: Panie Prezydencie w politycznej walce, w sporach, które przecież w naturalny sposób wynikają z dzielących nas różnic politycznych, przebraliśmy miarę, wpadliśmy w ślepy zaułek, bo zamiast toczyć je o sprawy stanowiące istotę polityki, istotę działań do wykonywania, których zostaliśmy zobowiązani wolą Narodu, podjęliśmy bezpardonową walkę z istota ludzką, z Panem. Dziś przepraszamy i Pana i Naród. Po takim wystąpieniu panie Marszałku, pod warunkiem oczywiście, że byłoby ono szczere dostałby Pan oklaski nie mniejsze niż pan Przewodniczący Śniadek, a tak, to sam Pan wie, daliśmy tyle braw ile trzeba by nie naruszyć zasad kurtuazji, ale równocześnie by powiedzieć Panu, że polityczny testament pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego odczytujemy inaczej i nie zawężamy go jedynie do sprawy katyńskiej.
Mądre, szczere, podszyte uczuciem i wzruszeniem słowa pożegnania, wypowiedziane przez pana Przewodniczącego NSZZ Solidarność, wielokrotnie akcentowane i przerywane przeciągłymi oklaskami, jakby w kontraście do wypowiedzi Marszałka Komorowskiego to dowód, że pomimo upływu lat i zmiany pokoleń wciąż mamy w sobie tę narodowa mądrość pozwalającą oddzielić ziarna od plew.
Bazylika Najświętszej Maryi Panny unosząca się niebiesko złotym Niebem nad trumnami spoczywającymi u stóp Vita Stwoszowego ołtarza, wspaniała i dostojna liturgia przygotowana przez watykańskiego , papieskiego liturgistę i przedziwna obecność Wschodu przy braku Zachodu, co znalazł wygodne usprawiedliwienie w wulkanicznych pyłach. Wasza, Prezydentostwo ostatnia Msza Święta i choć nie było nas tam ciałem, to stłoczeni na placach zalanych prażącym z czystego nieba słońcem, byliśmy tam duchem i modlitwą.
Bojaźliwe, przywitanie, jakby czcigodny, witający przestraszył się królewskiego pochówku na Wawelu i szukał usprawiedliwienia swej decyzji w nadaniu mu symboliki uczczenia śmierci wszystkich 96 ofiar i w ogóle wszystkich ofiar Katynia, jakby nie dostrzegając, że nasze całotygodniowe zachowanie i nasza dzisiejsza obecność w wystarczający sposób świadczą o woli Narodu, która przecież wyprzedza Jego wolę i usprawiedliwia Jego decyzję.
Chichot historii, złośliwość technologii, a może po prostu czyjeś wyrachowanie sprawiło, że gdy po ponad dwugodzinnym oczekiwaniu, około ósmej trzydzieści wpuszczono nas na Rynek, do biletowanego sektora, to przywitał nas głos pana redaktora Kuźniara z TVN24, którego to pana nawet w największym przypływie dobrej woli, trudno w takim miejscu i czasie uznać za osobę pożądaną. Ten sam złośliwy los, bądź złośliwy ktoś sprawił, że gdy po wprowadzeniu Prezydenta i jego Małżonki do bazyliki, trwało w niej modlitewne czuwanie, nam którzyśmy tu przyszli by czuwać i modlić się zafundowano z telebimów niespodziewanego kaznodzieję w osobie pana Ryszarda Kalisza, człowieka kształconego i miłego ale zupełnie do tej roli niepredestynowanego. Pocieszające, że wbrew ryczącym głośnikom i nieoczekiwanym obrazom my bezimienny tłum potrafiliśmy się modlić. To takie małe zwycięstwo, pokazujące, że można niepodporządkować się woli mediów, że można je ignorować.
Cześć ich pamięci! Niech spoczywają w pokoju Pana! I niech ich wieczna warta nie da nam spokoju ducha!
I na koniec refleksja krótka i smutna. Rozumiem, że zorganizowanie tak wielkich uroczystości, zwłaszcza pod presją zapowiadanego przyjazdu dziesiątków, światowej rangi polityków, może skutkować pewnymi niedociągnięciami i brakami, mam jednak nieodparte wrażenie, że organizatorzy tak się skupili na potencjalnych gościach z zagranicy, że o krajowcach zapomnieli zupełnie, a to przecież my sól tej ziemi, byliśmy solą tych wielkich dni.
0 Comments:
Post a Comment